Dlaczego „Z Bogiem Ziomek”?

„Co to za dziwne miejsce? Znajdę tu coś dla siebie czy mogę już iść? Tysiąc pierwszy blog podróżniczy w polskim internecie? Po co? Dlaczego blog, który z założenia miał być blogiem podróżniczym ma w nazwie „Boga” i „ziomka”? Kto jest za to odpowiedzialny? – Spokojnie, już wszystko wyjaśniam…

Dzięki! Doceniam, że to czytasz bo to znaczy, że po pierwsze – zajrzałeś na mojego bloga, a po drugie – nie wyszedłeś od razu. Już Cię lubię! Okej, zaczynajmy…

Skąd mi się wzięło to podróżowanie?

Od dziecka pod namiot

Od kiedy sięgam pamięcią sporo podróżowałem. Najpierw z rodzicami. Jako nauczyciele (katecheci), zawsze mieli 2 miesiące wakacji, więc mogliśmy sobie pozwolić na kilka wyjazdów rodzinnych w roku. Rekolekcje w Mikaszówce, polskie morze i Tatry. Dwie pierwsze miejscówki są w mojej pamięci od zawsze. W Tatry pierwszy raz pojechałem natomiast jako trochę większy dzieciak, więc kojarzę moment z dzieciństwa, w którym jeszcze nie wiedziałem jak jest w górach. Już jako mały bobo jeździłem pod namiot. Zarówno w czasie rekolekcji w Mikaszówce, jak i naszych wyjazdów nad morze i w góry spaliśmy na kempingach. Może właśnie dlatego obecnie też lubię spać w namiocie i pod gołym niebem, a posiłek na łonie natury to najlepszy posiłek. Z czasem do wyjazdów rodzinnych doszły jeszcze wycieczki szkolne i coroczne obozy piłkarskie na Mazurach lub w Borach Tucholskich.

1995 rok – pierwszy raz na obozie w Mikaszówce. Już wtedy przeczuwałem, że krzyż ma jakieś znaczenie ✝=♥

Mój pierwszy pobyt w Tatrach. Rodzice serio pozwalali mi nosić taki plecak do wojskowej stylówki.

Rodzeństwowa fota znad morza. Słowiański przykuc jest uwarunkowany genetycznie. My, Słowianie tak mamy.

Prawdę mówiąc jeszcze nigdy nie miałem okazji spędzić nocy w jamie śnieżnej. To prowizoryczne iglo powstało kiedyś w Zakopanem jedynie na potrzeby powyższej fotografii.

Pierwsze wyjazdy za granicę

Pomijając jeden wyjazd na Słowację w 2007 r., aż do czasów liceum, nie wyjeżdżałem jednak za granicę. Dopiero w wakacje 2011 r. wybraliśmy się na samochodową eskapadę rodzinną do Hiszpanii przez Niemcy, Francję i Monaco. To był czas, kiedy byłem zakochany w FC Barcelonie, a po wizycie w Katalonii zakochałem się również w samej Barcelonie. W grudniu 2012 r. spełniłem swoje marzenie i poleciałem tam ponownie. Tym razem już z biletem na mecz! Byłem wtedy w klasie maturalnej.

Rozkminy z bratem na plaży w Hiszpanii. Pewnie zastanawiałem się wtedy, czy Cesc Fabregas podpisze w końcu kontrakt z Barcą…

Matura i wybór studiów

To co równie dobrze pamiętam z ostatniego roku nauki w szkole, to moje wielkie zdziwienie zmieszane z przerażeniem, kiedy od pierwszych dni szkoły wszyscy zaczęli gadać o maturze i wyborze studiów. A dla mnie to było wciąż coś tak abstrakcyjnie dalekiego… Przecież był wrzesień, a matury są dopiero w maju. Wybór studiów jeszcze później. Może ta matura to faktycznie jakaś poważna sprawa jest, skoro wszyscy nią tak żyją? No ale w końcu i ja musiałem się z tym zmierzyć. Byłem na profilu mat-geo. Po napisaniu próbnej matury podstawowej z matmy na jakieś 30% zostało mi w zasadzie tylko geo… Rozszerzałem jednak też angielski. W tamtym czasie koleżanka mojej siostry studiowała Turystykę i Rekreację na SGGW i mówiła, że spoko. Pomyślałem, że może dla mnie też to będzie spoko. Przedmioty maturalne się zgadzały. Byłem w Hiszpanii 2 razy w ciągu 2 lat i za każdym razem było doskonale. Jeśli turystyka to jest coś takiego jak te wyjazdy, to faktycznie może być przyjemnie. No i uczelnia w Warszawie, więc też fajnie. Nie miałem ochoty się dłużej zastanawiać…

Napisałem maturki niczym kartkówki, złożyłem papiery na SGGW i jak co roku na przełomie czerwca i lipca wyjechałem na rekolekcje do Mikaszówki. Któregoś dnia obozu mój tata, który też był wtedy na obozie, zawołał mnie i mówi, że mama dzwoniła, bo dostałem się na studia. No i spoko. Pamiętam, że ta wiadomość była dla mnie zaskoczeniem, bo nawet nie wiedziałem kiedy miały być wyniki. Byłem gdzieś tam pod koniec listy rekrutacyjnej. No ale się dostałem.

Studia, inspiracje i pierwsze większe samodzielne wyjazdy

Na studiach, zainspirowany przez poznanych tam ludzi i niektóre przedmioty, złapałem prawdziwą zajawkę na podróżowanie na własną rękę – głównie po Polsce. Po zrobieniu licencjatu w 2016 r., wraz z siostrą, pojechałem na pierwszą większą wyprawę – pielgrzymka do Santiago de Compostela Francuską Drogą św. Jakuba. Autostop, noclegi „na dziko”, duże plecaki i ponad 1000 km „z buta” w czasie 35-dniowego wyjazdu. Wtedy już na dobre złapałem podróżniczego bakcyla. Po powrocie zacząłem magisterkę z turystyki, ale rzuciłem ją po 1. semestrze, bo za dużo było tam przedmiotów ekonomicznych. Postanowiłem spróbować geografii na UW. Do egzaminu wstępnego przygotowywałem się grając na telefonie w World Geography (taki quiz geograficzny) xd. No i dostałem się!

Z ziomeczkami ze studiów w czasie jednego ze wspólnych wyjazdów w Tatry Słowackie – dzięki, że jesteście mordy! TiRuriru to był dobry czas!

Pielgrzymka do Santiago de Compostela we wrześniu 2016 roku naprawdę ukierunkowała moje dalsze życie. Dostrzegam to dopiero z perspektywy czasu.

W kolejnych latach pojechałem autostopem do Portugalii, na Mundial do Rosji, do Albanii i Włoch oraz poleciałem na Światowe Dni Młodzieży do Panamy. Każdy z tych wyjazdów dodatkowo utwierdzał mnie w przekonaniu, że chcę w jakiś sposób związać moje życie z podróżami.

W 2017 roku razem z moim przyjacielem Gracjanem odbyłem pierwszy typowo autostopowy wyjazd. Kierunek Portugalia! Oj, wiele nas tam Pan Bóg uczył

Albania, 2019. To był nieziemski i często wręcz absurdalny wyjazd! Mateusz świetnie go podsumował na swoim blogu. No i zainspirował tym przy okazji mnie.

Mundial w Rosji to było szaleństwo! Mimo, że miałem nadzieję na złoto dla Polski i mógłbym czuć się delikatnie rozczarowany, to wróciłem na maksa szczęśliwy i nakręcony panującą tam atmosferą. Dzięki Paweł! Pamiętasz, że ustawialiśmy się na Katar 2022?

Światowe Dni Młodzieży w Panamie. Dla mnie był to przede wszystkim czas wspólnoty i poznawania cudownych bożych ludzi, ale też ponownego zachwytu nad światem i różnorodnością kultur. Dziękuję tym co byli tam ze mną!

2019 – Włochy, Watykan, San Marino. Mój pierwszy w pełni samodzielny trip autostopowy i kolejne niezwykle cenne lekcje od Pana Boga.

Dlaczego blog?

W 2016 r. w czasie pielgrzymki do Santiago de Compostela opisywałem każdy dzień. Moja siostra robiła to samo. Dzięki temu mamy teraz niesamowity pamiętnik, do którego co jakiś czas zaglądamy. Ponieważ jednak opisywaliśmy każdy dzień, a czasu na pisanie wbrew pozorom nie było dużo, nasze opisy były dość powierzchowne. Takie pisanie samo w sobie nie przynosiło mi frajdy. Zupełnie nie myślałem więc wtedy o zakładaniu bloga. W 2017 roku, tuż przed pierwszym wyjazdem autostopowym postanowiłem natomiast, że będę swoje podróże nagrywał. Chciałem mieć jeszcze fajniejszą pamiątkę w postaci zmontowanego filmu. Kupiłem GoPro i przez sporą część wyjazdu faktycznie nagrywałem nasze przygody, ale ostatecznie nic z moich planów nie wyszło. Na pewno wkrótce opiszę na blogu dlaczego tak się wtedy stało, bo to mocna historia.

Zeszyt, w którym opisałem swoją pielgrzymkę do Santiago de Compostela. Prototyp mojego bloga. Służył też do osłaniania przed wiatrem płomienia z kuchenki gazowej.

Od tamtej pory co jakiś czas zaczęła się jednak w mojej głowie pojawiać myśl, żeby założyć bloga. Opierałem się jej, bo blogi podróżnicze kojarzyły mi się zawsze dwojako. Albo jako zbiór dość nudnych historii z czyichś wyjazdów, albo jako naprawdę bardzo fajne stronki-poradniki. Problem z tą drugą opcją był taki, że ja podróżowałem raczej spontanicznie, bez większego przygotowania, ku przygodzie! Gdzie ja bym się nadawał, żeby komuś coś doradzać…

Przełom nastał w 2019 r. W czasie wyjazdu do Albanii zacząłem opisywać co ciekawsze historie. Tak na luzie, dla siebie, żeby wspomnienia nie uleciały, ale też żeby przyjemnie mi się to czytało. Złapałem zajawkę. Dodatkowo mój przyjaciel Mateusz, z którym odbywałem tamtą podróż, po powrocie założył bloga na Tumblr, który serio mnie zachwycił i zainspirował. Zresztą zobaczcie jaki sztosik: My zawsze jedziemy do końca. Jakiś miesiąc później pojechałem autostopem do Włoch. Po raz pierwszy podróżowałem w ten sposób w pojedynkę. Sporo osób zaczęło mnie wtedy zachęcać, żebym uruchamiał bloga. Po niedługim czasie od powrotu, podjąłem decyzję, że najwyższa pora. Wchodzę w to!

A skąd ta nazwa?

Z przyczyn, o których już wspomniałem, nie chciałem tworzyć kolejnego podobnego do innych bloga podróżniczego. Tym co ostatecznie przekonało mnie do założenia bloga była myśl, że dzięki temu będę miał przestrzeń do dawania świadectwa o Bogu. Generalnie jestem katolem, o czym możesz dowiedzieć się więcej zaglądając w zakładkę o mnie lub po prostu czytając mojego bloga. Bardzo długo byłem „letnim” chrześcijaninem, ale między innymi poprzez moje podróże Pan Bóg dał mi się poznać w bardzo rzeczywisty sposób. Wiele niesamowitych historii, które chciałbym opisać, to po prostu świadectwa tego jak On działa w moim życiu. Wraz z tym jak odważniej szedłem za Jezusem, doświadczałem coraz więcej naprawdę niezwykłych sytuacji. Zrozumiałem też słowa, które Piotr i Jan wypowiadają przed Senhedrynem w Dziejach Apostolskich: „Bo my nie możemy nie mówić tego, cośmy widzieli i słyszeli” (Dz 4,20).

Nie mogę nie mówić o tym, co widziałem i co słyszałem. Fotka z rekolekcji w Mikaszówce. Kiedyś jeździłem tam jako mały bobas, a dziś mam zaszczyt głosić tam Chrystusa.

W momencie decyzji o założeniu bloga musiałem sobie jednak odpowiedzieć na jedno bardzo ważne pytanie – czy blog ma być stricte podróżniczy, a wzmianki o Bogu będą się pojawiać, bo ja będę jego autorem? Czy może powinienem od razu lecieć na grubo z chrześcijańskim blogiem o podróżach z Bogiem? No i serio miałem rozterkę. Wiedziałem, że jakiej decyzji nie podejmę, to chcę to robić na chwałę Pana. Ale czego On chce? Bo przecież tworząc coś z pozoru niechrześcijańskiego, mam możliwość dotarcia ze świadectwem do szerszego grona odbiorców, dla których takie świadectwo może być ważne. Odpowiedź nie była więc dla mnie oczywista…

I tak się zastanawiałem. Zastanawiałem się nad tym z 3 miesiące. Aż w końcu pewnego dnia, w czasie mojej codziennej modlitwy Słowem Bożym przyszła myśl – „z Bogiem, ziomek”. Było to jakby rozproszenie od treści modlitwy, ale momentalnie pomyślałem: „wow, jaka spoko nazwa dla bloga”. Jak gdzieś wyjeżdżam, to rzucam na pożegnanie: „z Bogiem, ziomek!”. Błogosławię, dobrze życzę. Poza tym – „ziomek”! Często tak mówię! Ma to lekko niepoważny wydźwięk. Zdejmuje ze mnie presję i uwalnia mnie od chęci bycia pięknym, profesjonalnym, uładzonym i poważnym blogerem podróżniczym. Mogę być sobą! No i chyba najważniejsze – zastanawiałem się czy robić bloga tylko o podróżach, czy o podróżach z Bogiem, tak? „Z Bogiem, ziomek” – mówi mi Pan. Wierzę, że On dał mi tę nazwę. Nazwę, która mnie ukierunkowała, dała przestrzeń do bycia sobą i pełnego wyrażania siebie. Nie tylko poprzez historie z podróży. Bo ziomek z nazwy to „Ty”, któremu/której dobrze życzę, ale także ja. Taki jaki jestem. Elo!

Potem sobie to wszystko podsumowałem i leci to mniej więcej tak:

Dlaczego z Bogiem?

1. bo On nadaje sens wszystkiemu co robię, motywuje mnie do działania i ma najbardziej szalone pomysły. Serio!!! Więc będzie ciekawiej.
2. bo już wiem, że bez Niego nawet nie warto próbować.
3. bo w Nim żyję, poruszam się i jestem (Dz 17, 28).
4. bo to On stworzył ten świat, który mam zamiar podziwiać, poznawać i pokazywać.
5. bo staropolskie porzekadło prawi, że „bez Boga ani do proga”. A co dopiero na drugi koniec świata! Mądrych przodków mieliśmy…
6. bo będę wyruszał w drogę, a to On jest DROGĄ… PRAWDĄ i ŻYCIEM też (J 14,6).

Dlaczego ziomek?

1. bo lubię hip-hop, ogólnie muzykę i luźne klimaty.
2. bo niezbyt dobrze czuję się w formalnych sytuacjach. Męczy mnie wszechobecna poprawność i sztuczny dystans, który się wtedy wytwarza pomiędzy ludźmi.
3. bo ziomek to ktoś swój, a ja lubię być dla ludzi jak swój. Gdziekolwiek się nie znajdę.
4. bo ziomek to osoba z tej samej ziemi, kraju, okolicy. Studiowałem geografię globalizacji, więc wiem, że w jej wyniku wszyscy staliśmy się ziomkami.
5. bo wszyscy mamy wspólne pochodzenie i przeznaczenie (if you know what I mean? 😏). Więc nawet jeśli jeszcze nie Twój ziomek, to ufam, że w przyszłości (J 14,2).

Dlaczego z Bogiem ziomek?

1. bo życzę Ci żebyś żył z Nim, ziomek.
2. i marzy mi się, żeby ten blog w jakimkolwiek stopniu Ci w tym pomagał, inspirował i utwierdzał, że warto.
3. mimo, że głównie będzie o podróżach.

I chyba na razie to by było na tyle. Zajrzyj tu czasem 😉 Z Bogiem, ziomek!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.